RSS
niedziela, 01 stycznia 2012

Henryk Górecki w głośnikach. Ja napawam się dźwiękiem i ostrym światłem Nowego Roku. Dziś słońce...  Dużo słońca, biorąc pod uwagę ostatnie dni. Ten sylwester miał być cudowny. Długo wyczekiwany. Pełen radości i nadziei. Miał być wyjątkiem samym w sobie. Nic z niego nie wyszło, a mi pozostaje się cieszyć, że uratował mnie mój przyszywany brat. Kocham go za to, jak zresztą za wiele innych rzeczy. Czyli w sumie jednak... Sylwester był udany. Do domu wróciłem o 5.00, a usnąłem przed szóstą. Wstałem o 9.00 - Już nie chce mi się spać.

Jedna rozmowa o północy... Po północy, w sumie nieopodal pierwszej w nocy... Zadziwiła mnie. Nie rozumiem, jak można spalić most za sobą, a potem przeprawiać się z powrotem na drugą stronę i proponować odbudowę... Ale najwyraźniej można, a ja najwyraźniej kocham, bo zamiast ten telefon olać, to odebrałem... I mimo, że wyrzuciłem z siebie wszystko to, co czułem od przedwczoraj do wczoraj północy, to jednak rozmawiałem. Mimo postanowienia, że tego nie zrobię...

Zostało kilkanaście godzin. Boję się, bo to są godziny, które zdecydują o wszystkim... Ale to jest Nowy Rok. I ostre światło słońca... Dziś wszystko jest możliwe, lub nie...

10:47, chlopiecwwielkimmiescie
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 16 czerwca 2011

Cichutkie postukiwanie ciszy… Jakiś taki zgrzyt, niby niesłyszalny z pozoru, a przecież tak wyraźny, wibrujący i nadający każdej chwili kolorytu – upragnionego i niechcianego jednocześnie… Sarni popłoch wychylający się spod wpół przymkniętych powiek, ciekawie rozglądający się wokoło, wyjątkowy i sobie tylko właściwy. Zapach lasu, dojrzałych malin i mchu, w którym wilgoć przeplata się ze słonecznymi promieniami, wpadającymi poprzez gęste liście wysokich drzew całujących niebo swymi koronami… Wezbrane wody smutku, które mają moc sprawczą i niszczycielską zarazem, wody, które czernią oleistą zalewają każdy uśmiech i każdą chęć zachwytu. Coś na kształt bezdennej rozpaczy, rozpalającej czoło gorączką, wprawiającej ciało w mimowolne drżenie, strach zwierzęcia zapędzonego w jamę bez wyjścia, ciemną, gdy drapieżnik skrada się w nieprzebranym mroku i czuć z bliska już jego urywany oddech i zapach zastygłej dawno krwi poprzednich ofiar…

 

Tik-tak, tik-tak, stuka czas, bezwzględnie, wciąż do przodu, a nigdy do tyłu. By bawić się słowem, potrzeba duszy, głębokiej i namiętnej, plastycznej i przepełnionej kolorami. By bawić się życiem, potrzeba natchnienia, euforii, miłości, wciąż narastającego uczucia potrzeby – potrzeby bycia zrozumianym, potrzeby oddania siebie komuś na zawsze, potrzeby bycia dla kogoś na zawsze… Jeśli tego brak, jeśli jakieś ogniwo nie istnieje w całym tym łańcuchu potrzeb i zależności, życie staje się rdzawym wrakiem skrywanym przez mroki oceanicznych głębin. Pozostaje się w cieniu wiecznego smutku, a jedynie nikomu nieznane istoty z głębin odwiedzają czasami rdzawe zakamarki naszej duszy. Jak ciężko jest przyzwyczaić się do takiej ciemności. Jak ciężko jest tkwić samotnie na samym dnie, pośród pustki, nie czując i nie widząc już nic. Jak ciężko jest kochać i mieć świadomość chęci oddania siebie całego – komuś, ale bez wzajemności. 

Jesteś spełnionym cudem. Dla mnie. I zawsze nim byłeś. Na setki lat przed tym, kiedy po raz pierwszy przypadkiem odnalazłem Twoją w zielonej tonacji utrzymaną fotografię. Pierwsza wiadomość wysłana do Ciebie była jak tatuaż, który naznaczył na zawsze każdą kolejną chwilę. Fascynacja, którą otworzyły wino i rozbity kieliszek. Wciąż pamiętam pierwsze spotkanie. I każdą towarzyszącą mu emocję. I ten uśmiech potrafiący topić nawet góry lodowe… Pośród tylu różnych chwil, spraw, rozmów, radosnych momentów i tych przepełnionych goryczą, rosły we mnie uczucia, sprzeczne, choć biegnące tym samym torem. Każdy skrawek Ciebie, od piwnych oczu przez pachnące wiatrem włosy czy wyjątkowe dłonie… To wszystko wypełniało mnie z dnia na dzień. Nocne rozmowy przez telefon, wyczekiwane wiadomości i mmsy w których poznawałem Twoje życie i Twoje własne fascynacje… A potem ich brak, jak ucięte nożem. Sporadyczne jak sam uśmiech, który przestał istnieć w dostępnym wokoło świecie. I moje zawzięcie się w sobie – że wytrzymam, że dam radę. Odliczanie chwil do kolejnego miesiąca, do połowy roku… I jeszcze dalej, wciąż dalej. Wyśnione, wymodlone, wytęsknione spotkania, rzadkie, a tak cenne. Przemarznięte godziny spędzone w podróży i w oczekiwaniu, wilgotne od deszczu i do szpiku kości zamrożone wiatrem… Stukot kolejowych kół na śliskich szynach. Wyryte w pamięci widoki, poznane latem, a mijane zimą – jak inny świat, jak zamglone wspomnienia. Jesteś wiatrem moich usychających pól. Jesteś wodą, która je na nowo ożywia w chwilach, gdy mogę choć przez chwilę poczuć Twoje ciepło. Jesteś słońcem które moim lasom daje życie. I jesteś polarną zimą, która jest w stanie zabić wszystko w moim świecie – gdy Ciebie brak. Przestaję myśleć w samotności, zapatrzony w gwiazdy za oknami. Chciałbym umrzeć, ale nie potrafię, bo nie zniósłbym tego, że tam, po drugiej stronie, Ciebie już nie będzie. Chciałbym żyć, lecz świadomość życia bez Ciebie jest dla mnie zbyt przytłaczająca. Chciałbym Ciebie tuż obok, na zawsze, z uśmiechem takim jak kiedyś, z kolorem wypełniającym wszelkie chwile, i z cichutkim „ahoj” na dobranoc.

…Chciałbym móc odkryć tę tajemnicę, w której niemożliwe stałoby się możliwym. Chciałbym zmienić to, co nie pozwala szczęściu w pełni się narodzić. Ale wiem, że rzeczy niemożliwe mają tę smutną właściwość, że są takimi  z założenia – niemożliwymi…

Kocham Cię. Tak po prostu. I na zawsze. I mogę umrzeć w samotności i ciszy, ale i tak – choć ze łzami w oczach – umrę szczęśliwy. Bo ze świadomością, że po prostu mogłeś być czasami obok. Tuż przy mnie. I choć raz na jakiś czas nasyciłeś mój świat kolorami…

 

00:18, chlopiecwwielkimmiescie
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 21 lutego 2011

Mam wrażenie, że zawiesiłem się w jakiejś próżni. Mam wrażenie, że nikt mnie nie rozumie po prostu. Że to, co mówię, nie dociera do nikogo w taki sposób, w jaki dotrzeć powinno. To być może nie jest sama kwestia mojego mówienia, lecz tego, że to ktoś nie bardzo jest w stanie przetworzyć to, co ja akurat w danej chwili staram się przekazać? …Może.

Tak ciężkich chwil nie ma u mnie bez muzyki. I jak zawsze, jak w takich momentach, a miałem ich dwa w moim życiu, drugi teraz właśnie – Cup of Coffee, zespołu Garbage. Cud. Ale jakże złowrogi. Poniżej oryginał i przepiękny, jak na internetowe tłumaczenie, przekład na polski. Myślę, że nie wymaga to komentarza. Już więcej.

Garbage, Cup of Coffee:

 

You tell me you don't love me over a cup of coffee

And I just have to look away

A million miles between us

Planets crashing into dust

I just let it fade away

 

I'm walking empty streets hoping we might meet

I see your car parked on the road

The light on at your window

I know for sure that you're home

But I just have to pass on by

 

So no of course we can't be friends

Not while I'm still this obsessed

I guess I always knew the score

This is how our story ends

 

I smoke your brand of cigarettes

And pray that you might give me a call

I lie around in bed all day just staring at the walls

Hanging round bars at night wishing I had never been born

And give myself to anyone who wants to take me home

 

So no of course we can't be friends

Not while I still feel like this

I guess I always knew the score

This is where our story ends

 

You left behind some clothes

My belly somersaults when I pick them off the floor

My friends all say they're worried

I'm looking far too skinny

I've stopped returning all their calls

 

And no of course we can't be friends

Not while I'm still so obsessed

I want to ask where I went wrong

But don't say anything at all

 

It took a cup of coffee

To prove that you don't love me

_____________________________________

I z tłumaczeniem:

 

Filiżanka kawy

 

Mówisz mi, że mnie nie kochasz, przy filiżance kawy

I muszę po prostu odwrócić wzrok

Milion mil między nami

Planety roztrzaskały się w pył

Po prostu pozwalam temu wyblaknąć

 

Idę pustymi ulicami mając nadzieję, że się spotkamy

Widzę twój samochód zaparkowany przy drodze

Włączone światło w twoim oknie

Wiem na pewno, że jesteś w domu

Ale muszę po prostu przejść obok

 

Więc nie, oczywiście, że nie możemy być przyjaciółmi

Nie, kiedy wciąż mam tę obsesję

Chyba zawsze znałam wynik

Tak się kończy nasza historia

 

Palę twoją markę papierosów

I modlę się, żebyś do mnie zadzwonił

Leżę w łóżku cały dzień tylko gapiąc się w ściany

Spędzam noce w barach żałując, że się urodziłam

I oddając się każdemu, kto chce mnie zabrać do domu

 

Więc nie, oczywiście, że nie możemy być przyjaciółmi

Nie kiedy tak się czuję

Chyba zawsze znałam wynik

Tutaj kończy się nasza historia

 

Zostawiłeś jakieś ubrania

Mój brzuch się przekręca, gdy zbieram je z podłogi

Moi przyjaciele mówią, że się martwią

Wyglądam o wiele za chudo

Przestałam odpowiadać na ich telefony

 

I nie, oczywiście, że nie możemy być przyjaciółmi

Nie kiedy mam tę obsesję

Chcę pytać, gdzie popełniłam błąd

Ale nie mów nic

 

To zajęło filiżankę kawy

By udowodnić, że mnie nie kochasz

 

18:43, chlopiecwwielkimmiescie
Link Komentarze (2) »
niedziela, 20 lutego 2011

I znowu biało za oknami, biało wewnątrz, i biel jest jak zimne zimowe ptaki, wszechogarniająca, pełna amnezji i zimna… Wśród tej bieli – dziwni ludzie, sobie tylko wiadomi, z sobie tylko wiadomymi myślami i motywami. Każdy zadający pytania, jakby do nich miał prawo. Każdy uważający, że lepiej wie, bo niby tak może i niby faktycznie tak jest, choć nie jest.

Coś się spierdoliło. Coś pękło, dźwięcznie i z rozedrganiem głębszym, niż gdy podnosi się most zwodzony, na nasmarowanych, ale potężnie nadwyrężonych przęsłach, wydających z siebie pełen wysiłku i niebotycznego wytężenia, jęk. Ale coś faktycznie poszło nie tak, i coś, co połączyć miało, rozdarło się jak na przepięknym i propagandowym filmie Eissensteina „Październik” i zdublowaną powierzchnią – tak doskonale naprzeciwległą – powędrowało w górę... Jeszcze tylko jakieś wóz i koń wiszą u góry, złowrogie i martwe, ale niewiele brakuje, by i one się oderwały. Wreszcie. Finalnie.

Nie lubię tego stanu, kiedy uświadamiam sobie, że nic z tego. Nie lubię chwil, kiedy wiem, że pielęgnowana we mnie od roku głęboka miłość, do ciała, zapachu, smaku, umysłu, słowem – całości, zaczyna obumierać z powodu braku odwzajemnienia, z powodu kompletnej ignorancji drugiej strony. Nie lubię, kiedy muszę się z tym mierzyć i tłumaczyć sobie po raz kolejny, że to najwyraźniej nie to. Mimo, że mogło się tak wydawać. Mimo, że tak wiele komuś się dało. Mimo, że… A chuj tam z mimo, że! To i tak już niewiele da. I nic nie zmieni.

Chłopiec ma ochotę się upić. Tak, jak jeszcze nigdy. Przedtem. Tak, by stracić przytomność na dni kilka. Nie pamiętać, z kim się piło i ilu z pijących dotykało się i całowało po drodze. Zatracić się w seksie i zapomnieniu. By mieć czego żałować, ale i mieć z czego być dumnym. By w przypływie oczyszczenia i żałości, mieć jakie grzechy odpokutować, które przecież i tak nimi nie są, bo jakimż grzechem jest najprostsza, tak rzadko przeżywana, przyjemność? Czasami odnoszę wrażenie, że katechizmy, zbiory grzechów i wszelkie tego rodzaju śmieci były dziełem umysłów szalonych, o wiele gorszych, niż samych grzeszników. I w tym względzie wiem, że mam rację. Bo za długo żyję już i zbyt wiele widziałem.

Myślę, że można jeszcze mieć nadzieję. Na odrobinę szczęścia. Ale ta odrobina szczęścia przecież sama nie przyjdzie. Ostatni rok pokazał mi dobitnie, że wcale nie. Że nawet jak ktoś się uśmiecha, to nie czyni tego szczerze. Więc – na tym etapie, gdy po 30 latach życia okazało się, że wierność i dobro na niewiele się zdają, ominę i jedno i drugie. I pójdę po to, co sprawia, że naprawdę będę się uśmiechał.

Jakichś tam dni wam życzę. Nie lepszych, niż moje.

Chłopiec z wielkiego miasta, wpatrzony swymi chabrowymi oczętami w inne, lekko zielone, otoczone długimi włosami, oczy. O, tak.

12:21, chlopiecwwielkimmiescie
Link Dodaj komentarz »
piątek, 21 stycznia 2011

Ostatnio, przeglądając wizualizacje nowego dworca pkp w Katowicach, na coś wpadłem.. Wszyscy na to patrzą, a nikt nie skupia się na szczególe... Przyjrzyjcie się... Na lewo. Dwaj słodcy przytuleni panowie...


http://katowice.gazeta.pl/katowice/1,95394,6032454,Zobacz__dworzec_w_Katowicach_po_przebudowie_.html

Foto pochodzi stąd:

http://katowice.gazeta.pl/katowice/1,95394,6032454,Zobacz__dworzec_w_Katowicach_po_przebudowie_.html

16:55, chlopiecwwielkimmiescie
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 04 stycznia 2011

Fascynujący i zaskakujący Nowy Rok. Jakże czasami zgodny z tym, co jest wewnątrz nas. I jakże pełen niespodzianek… Spoglądam przez pochyłe okna mojego poddasza na błękitne niebo dzisiejszego dnia. W oddali nagie drzewa zmrożone powietrzem i śniegiem. Tu, bliżej mnie, widnokrąg przesłaniają lodowe wzory na szybach – pozostałość po topiącym się na dachu śniegu. Słońce, nisko zawieszono, maluje lekką nutą pomarańczy odległe dachy i płaszczyzny. Wszystko przefiltrowane, magiczne. Jakby specjalnie dla mnie. Jakby wiedziało, że wewnątrz mnie nastąpiła piaskowa burza, po której została gładka, naga, czysta i błyszcząca kość.

Ostatniego dnia mijającego roku, bez planów na cokolwiek, otrzymałem telefon od przyjaciela. Miałem 30 minut na spakowanie rzeczy i wyjechaliśmy do Wisły. O północy, w Nowy Rok, miałem uśmiech na  twarzy. A o poranku, w blasku słońca wpadającego do pokoju hotelowego, patrząc na skrzącą się wstążkę rzeki za oknami, podarłem i zniszczyłem wszystko, co zalegało w moim portfelu i w mojej torbie, przykuwając mnie do przeszłości. Zdjęcia, bilety kolejowe, bilety tramwajowe. Bielskie, wrocławskie, opolskie, krakowskie. I teraz nic już nie ma. Mogłem się wreszcie uśmiechnąć.

Pusty i pełen próżni. Błogi i bez wspomnień. Z nadzieją na to, że może wbrew wszystkiemu ta naga kość pokryje się jeszcze kiedyś zdrowym ciałem.

 

Jeśli chodzi o smutki, to za nią dzisiaj tęsknię:

by internet and google

15:02, chlopiecwwielkimmiescie
Link Komentarze (7) »
czwartek, 30 grudnia 2010

I koniec roku się zbliża wielkimi krokami. Cudownie. Oby do końca. Oby jeszcze jeden dzień.

21:48, chlopiecwwielkimmiescie
Link Komentarze (4) »
środa, 24 listopada 2010

Jak to jest, że po stanie jakiegoś tam zawieszenia, przychodzi jednak czas ochoty? Jak to jest, że nadal mamy siłę? Jak to jest, że dawna muzyka rozbrzmiewa na nowo, i nie budzi już łez, a tylko jakąś taką nostalgię i spokój?

 

Zdecydowanie - przemijanie. To ono sprawia, że raz na jakiś czas na szczęście się opanowujemy i zaczynamy na nowo. Bo szkoda czasu. Bo szkoda lat.

 

Idę przez lekko oprószony pierwszym, mokrym jeszcze śniegiem, świat. I zagryzam zęby. Dzisiaj jestem zły.

18:04, chlopiecwwielkimmiescie
Link Komentarze (2) »
niedziela, 15 sierpnia 2010

Jak to zauważyłem z niebotycznym zadziwieniem, żyję. I mam się dobrze. I jestem szczęśliwy. I oby tak dalej. Więcej  - zaniebawem. Dobrych dni :)

09:48, chlopiecwwielkimmiescie
Link Dodaj komentarz »
sobota, 27 marca 2010

Gdzieś już kiedyś było... Kiedyś... Daję - bo odnalazłem. Podczas dyskowych porządków:


Popatrz… Ile razy śniłeś mi się, ile było łez… Tych niespełnień, kaflowały one wszystkie posadzki naszych wnętrz… Popatrz – jak jest łatwo z akceptacji zrobić jedno, puste „nie”… Uśmiech? Tak, czasami się pojawia, robi na złość, ciągle jest. Gdzieś tam, poza nami, na biegunie naszych własnych, zimnych serc, trwa ukryta w materacach naszych łóżek ta iskierka, której chcę. Myślę – pomyliłem się uznając, że od dawna nie ma jej, ona była – wciąż czekała – pożądaniem żywiąc się. Nadal widzę Twoje oczy które przecież jak we mgle, nieobecne, przezroczyste, i ogniste – zmieniam Cię. Uległy metamorfozie wspomnienia, i rysy twoje, wszystko, każdy były oddech, każdy uśmiech i rozmowy, prowadzone późną nocą.

Dotyk Twój, gdy palce, wargi, włosy Twoje, suną w górę, w dół, po skórze… Mojej skórze…  Szum oddechu, coraz szybszy, pełen wrażeń… Cichy jęk, lekko stłumiony – byle ciszej, bo hieny żądne wszelkich zdarzeń. Nie, pamiętam, każdy dotyk, każdą chwilę, jak pamiętam, ile było wspólnych planów, pocałunków, szeptów wprost do ucha…

Były. Już ich nie ma. Nic dziwnego.

 

18:40, chlopiecwwielkimmiescie
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 18 marca 2010

Niby jest w powietrzu. Niby się zbliża. Niby... A nie czuję jej wcale. Jeszcze. Nie chcę myśleć o kłopotach w pracy. Nie chcę myśleć o tym, że mam problemy z finansami, bo one też miną. Nie chciałbym przede wszystkim myśleć o tym, że ludzie są tacy, jacy są. Że mają swoje schizy, że mają swoje jakieś własne zachowania, że zapominają - bo sami dla siebie nie potrzebują myśleć o mnie...

Nic nie jest dobre. Nic. I nikt. Wiem, mam doła. Ale jestem 29-letnią cipką, która może mieć raz na jakiś czas doła. Gdzie są w ogóle moje waciki?... Ech... :/

20:43, chlopiecwwielkimmiescie
Link Komentarze (5) »
czwartek, 28 stycznia 2010

Zazdroszczę dzieciom dzisiejszych czasów, bo są to dobre i uśmiechnięte czasy wbrew pozorom. Ja straciłem moją młodość w samotności, i niczego już nie odzyskam. Niczego…

Był kiedyś czas, kiedy mogło być pięknie. Ale ten czas ktoś zabił. Dawno temu. Dzisiaj nie ma nic. Chciałbym móc się mylić, chciałbym odnaleźć mój własny kawałek szczęścia. Ale wiem, że dla mnie szczęście jest pojęciem tak banalnie dalekim, że nieistniejącym...

17:28, chlopiecwwielkimmiescie
Link Komentarze (8) »
środa, 27 stycznia 2010

To w zasadzie wciąż jest jak przeżywanie na nowo czegoś, co dawno zostało zapomniane… Przyspieszony lekko puls, i bicie serca, które zdradza, że nie wszystko jest tak, jak być powinno… Jednak sam fakt, że się postanowiło być w danym miejscu, na tu i teraz, staje się znaczący.

Telefon rozbrzmiewa cicho, informując o nowej wiadomości. A więc szatnia. Tak, jak myślałem, bez zbędnych zawiłości. Dostrzegam go po drugiej stronie hallu, i wiem już, nawet z tej ogromnej odległości, że jego oczy to coś, co wymyka się spod wszelkiej kontroli. Mogłem się tego domyślać, ale teraz odczuwam to z całą wyrazistością. Po prostu to wiem.

Odległość korytarza nigdy chyba nie była tak strasznie wyolbrzymiona, jak obecnie, a mimo to krótkie sekundy, i mogłem uśmiechnąć się do tego uśmiechu, który, mimo, że znałem online, w rzeczywistości spowodował, że gdzieś wewnątrz mnie roztopiłem się zupełnie.

Wiem, kolejny raz nie wziąłem pod uwagę możliwych ilości zaskoczeń. Mimo, że są one skończone w swym istnieniu, to nie można nigdy ich lekceważyć. A ja to zrobiłem – po raz kolejny. Nie doceniłem ich… A zaskoczeń było wiele. Bo ubrany był tak doskonale i tak rasowo, że odczuwało się z tego powodu niebywałą przyjemność. Pachniał również doskonale – a jego zapach, noszący w sobie delikatną nutę zniecierpliwienia oraz lekką słodycz, zdominowany był przez te pierwsze momenty przez zimowy chłód i ostry zapach wiatru. Jego oczy, zupełnie jak piwne monolity, z zagubioną gdzieś strukturą tęczówki, przywodziły na myśl ciepło letniego popołudnia… Przyjemnie było obserwować każdy jego gest, każdy uśmiech, przyjemnie było słyszeć, jak mówi i jak rozśmiesza go cokolwiek.

Nie wiedziałem, że kiedykolwiek jeszcze ktoś zafascynuje mnie tym, jak mówi. Jak je. Jak układa dłonie lub wargi. Tym, jak uśmiecha się przecudnie, sprawiając, że wokoło wszystko topi się lekko, lekko wibruje, skrzy się barwami, których – mógłbym przysiąc – nie widziałem nigdy. I nigdzie. Nie wiedziałem, że ktoś może nosić w sobie tak wiele – tak wiele słów, tak wiele wiadomości, tak wiele sprecyzowanych i mądrych spojrzeń na świat.

Miło jest mieć świadomość istnienia takich ludzi gdzieś, obok, w realnym świecie. Gloryfikacja, jak On sam twierdzi… Lecz to nie jest gloryfikacja… To, jak sądzę, zachwyt pomieszany z fascynacją. Ale przecież – to on sam stał się nie tyle źródłem, co twórcą tej fascynacji. Pozostaje się więc uśmiechnąć. Tak do siebie, jak i do innych. Jeśli cuda potrafią się czasami materializować w realnym świecie, to on jest jednym z nich. I nie zapomnę mu o tym powiedzieć przy najbliżej okazji…

Buziaki. Chłopiec z wielkiego miasta…

 

 

21:09, chlopiecwwielkimmiescie
Link Komentarze (19) »
czwartek, 14 stycznia 2010

Tak właśnie sobie pomyślałem, że nie przedstawiłem nigdy mojego ideału :) A to przecież tak ważne...


Bo ideały są niespełnione, ale - przecież o to chodzi :) Dobry rycerz ma swój kodeks i ideały. I ma miecz. ;P


I proszę, oto mój ideał:

 

Leo Legrand


Léo Legrand :) z akcentowanym e :) Foto oczywiście pochodzi z netu, ze strony bliżej niezidentyfikowanej :) Ale  -  właśnie ktoś taki mógłby budzić mnie w moim wielkim łóżku... Właśnie ktoś taki :))


Z bardzo dawnych ideałów to jeszcze by się tutaj zmieścił Alain Emery...  Ale - pozostajemy przy ideale obecnym. Takie właśnie będę miał dzisiaj sny :))


chłopiec.

21:47, chlopiecwwielkimmiescie
Link Komentarze (5) »
sobota, 02 stycznia 2010

Nowy Rok jest jakiś… Inny. Tak samo inny, jak cały ja. A przecież – co istotne – sam Sylwester spędzony był wyjątkowo miło. Nawet bym nie przypuszczał, że właśnie tak będzie – miło. Nic ponadto. Zero zbędnych zachwytów czy niespełnionych fascynacji. Naturalnie i gładko.

Zaskoczył mnie bardzo mile dzisiaj komentarz na moim starym (choć może nie tak znowu starym) blogu. To miłe, że moje światy potrafią budzić w kimś przynajmniej minimum wrażeń. A jeśli te wrażenia przekładają się na wpis tak dalece miły, to sam do siebie się uśmiecham.

Boję się ostatnio samego siebie. Wiem, wiem, to już pewnie kryzys wieku – bo do 30-ki brakuje mi nie mniej nie więcej, tylko roku. Wciąż jednak jestem chłopcem w wielkim mieście, jestem nim i zostanę tak długo, jak to będzie możliwe. To, co na zewnątrz, nigdy nie jest współmierne z tym, co w środku nas. Moja odpowiedzialność w pracy i ilość obowiązków, jakie tam na mnie spoczywają, nijak się ma do wnętrza, które chce pozostać młode. Niejednokrotnie już słyszałem, że nie jestem taki, jak by to dyktowała statystyka przeżytych przeze mnie lat. Ale przecież o to chodzi. I to nie jest kult młodości, bo z własnym wiekiem można i należy się pogodzić. To coś, co wykracza daleko poza zwyczajne pojmowanie samego siebie.

Niedawno minęły dwa lata od czasu, kiedy poznałem istotę, dzięki której mogłem ten jeden raz, raz wyjątkowy, poczuć prawdziwe szczęście. Nieważne już, jakie było nasze rozstanie. Nieważne, że niespełnienie mnie dusiło sporą ilość czasu. Z tym już się pogodziłem. Również. Prawda jest taka, że dzięki niemu poznałem to, czego bez drugiego człowieka poznać nie sposób. Prawda jest taka, że te wspólne chwile dały mi radość, którą karmię się do dnia dzisiejszego. Prawda jest też taka, że jednak nie udało nam się zostać przyjaciółmi ani nawet dobrymi znajomymi. Gdzieś po drodze umarło to wszystko, przeplecione czyimiś pretensjami i moim bólem, który przerodził się w złość a potem w apatię. Cóż, tak najwyraźniej miało być. Dokładnie tak.

Moje łóżko wydaje mi się być za wielkie dla mnie samego. Gubię się w nim nocą i nie potrafię odnaleźć żadnego spójnego punktu zaczepienia. To wielka wyspa samotności, z którą toczę zażarte boje od sporego czasu. Ale chyba żadne ludzkie łóżko nie jest stworzone do samotności. Nie ważne, kim się jest i co się kocha w życiu, co się ceni i z kim się chce to życie dzielić. Spokojny sen nie ma nic wspólnego z samotnością i chyba to ostatnio mnie przytłacza najbardziej. Chyba stąd się biorą moje kłopoty ze snem, bo jeśli już zasypiam, to wyłącznie ze zmęczenia.

I wciąż pozostaje we mnie nadzieja. Karmię się nią, dzięki niej jeszcze żyję. To prawda, że ona umiera ostatnia i w tej nierównej gonitwie którą z nią toczę i tak wiem, że bez względu na wszystko to ja pierwszy odejdę, nawet jako samotny 80-latek. Dopiero potem ona będzie mogła odejść.

02:13, chlopiecwwielkimmiescie
Link Komentarze (3) »
środa, 30 grudnia 2009

Nocne rozmowy i sms… Dzisiejsze śniadanie przeplatane komentarzami wobec kogoś… Wyjaśnione sprawy, które więcej po sobie zostawiają niewyjaśnionego, niż wyjaśnionego… Kawa. Na szczęście druga – i ostatnia. Z kawą uważać trzeba. Papieros… - którego nie ma. Od jakiegoś czasu. Bo już się w to nie bawię. I nie palę (znowu).

 

I znowu się zastanawiam, jak to jest. Skąd tyle fascynacji – po drodze. I którą sobie mogę zjeść? Bez obaw, że mnie ktoś przyłapie na tym? … Boże, jakbym mógł zjeść to, co pragnę zjeść i czego bym chciał nawet tylko posmakować, to mogłoby być źle… Może lepiej, że nie mogę?...

 

W całym tym zawieszeniu zamyślam się nad tą jedyną zatrzymaną gdzieś pośrodku mnie samego największą fascynacją. Zielone oczy. Zęby bielsze od bieli. Zapach dający wrażenie spokoju i spełnienia. Nogi, które – gdyby mnie oplotły – wystarczyłyby, aby mnie spalić. Kompletnie. Dłonie, które raz jeden w swoich dłoniach trzymałem. I nosiłem ich ślad miesiącami.

 

To wszystko jest zabawne. Ale przecież o to chodzi, gdy nocą pod przykryciem własnych koców zanurzamy się w krainie spełnień.

14:55, chlopiecwwielkimmiescie
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 28 grudnia 2009

Kawa to jednak duży zastrzyk optymizmu J co mi nie przeszkadza, a pomaga, przynajmniej w dniu dzisiejszym. Nie wiem, na i ile mi pomoże ten chwilowy optymizm. Chciałbym, żeby na długo, ale to też nie zależy ode mnie. Ja się po prostu boję. I nic na to nie poradzę. Boję się.

Chciałbym po prostu się zakochać. Nie musi być ze wzajemnością, bo i tak nigdy mi się to nie udało. Chciałbym się zakochać po prostu, tak, by czuć, by mieć zaprzątnięte myśli i marzenia. Potrzebuję tego. Strasznie. Znowu mi się coś poprzestawiało. Bywa. Ale naprawdę wiem, że zakochać się – to by było bardzo miłe. I potrzebne.

20:01, chlopiecwwielkimmiescie
Link Dodaj komentarz »

I stało się.

Ale czy - jeśli to ciało sprawia, że płonę - to nie mogę go smakować?

 

Mogę.

 

Świąteczny prezent dla siebie samego. Nie od siebie... :)))

17:32, chlopiecwwielkimmiescie
Link Dodaj komentarz »
środa, 11 listopada 2009

Taki sobie deszczowy i sentymentalny dzień. Ale słowo sentymentalny nie pasuje mi tu dzisiaj w ogóle. Bo to nie sentyment, a chwila zastanowienia. Nad tym, co wokoło. Nad ludźmi. Czy nade mną samym.
To, że wszystko płynie, to wiadomo nie od dzisiaj. I że dwa razy do tej samej rzeki wejść nie sposób. Tylko proszę mi powiedzieć, czy jak już płynie, to musi odpłynąć, albo – czy, gdy wchodzimy już do rzeki innej, od razu musi to być ściek, a nie ta rzeka, którą znaliśmy?
Przykłady z życia wokoło, i to dosyć szeroko pojętego, mówią jasno i prosto: Musi.
Chciałoby się wierzyć, że jest inaczej. Chciałoby się móc powiedzieć, że przecież ludzie to ludzie, istoty myślące, że przecież przyjaźnie są cenne, że nikt o nikim nie zapomina. A to nieprawda. Ktoś mnie kiedyś zapewniał, że mentalnie, jako przyjaciel, jestem dla niego ważny i nie chce mnie stracić. Po czym przestał się odzywać w ogóle, a na moje próby odezwania odpowiada zdawkowo lub wcale. Ktoś inny, kto (i nie jest to litania cudów własnych) zawdzięcza mi w swoim życiu trochę, bo i pracę, i pomoc w chwili dla niego najważniejszej, nie odzywa się od pół roku z wiadomych tylko sobie (czyli więc niewiadomych) powodów. Jeszcze ktoś, obdarowany jak mało kto, znika po prostu, nie mając nawet chwili na to, by się odezwać. 
Mnie uczono, żeby się dzielić. Że coś, co podarujemy, jest w stanie wpłynąć na ludzi. Że wdzięczność nie musi być wypowiadana, ale że ona gdzieś tam jest, da się ją w stosunkach międzyludzkich wyczuć. I tu też się okazuje, że mimo, iż sam sens nauki jest wzniosły i dobry, to nic nie znaczy. Bo coś się stało z ludźmi. Zapatrzeni we własne „ja” piszą hymny do własnego człowieczeństwa i oświecenia, a tak naprawdę w byciu świniami przeszkadza im jedynie brak czterech nóżek do łażenia, zamiast tych, pożal się Boże, dwóch. Użyte w przypadkowej rozmowie wnioski, dziejowe, przeze mnie użyte, rok temu, dzisiaj ktoś cytuje jako własne… Może więc w zasadzie obrażam świnie, porównując do nich ludzi, bo przecież świnia, mimo, że jest świnią z nazwy, złodziejem, szczególnie mentalno – moralnym, być nie potrafi? 
Spoglądając wstecz widzę jedynie resztki, zgliszcza, dym jakiś. Same śmieci. A to „wstecz” pozostawiałem za sobą wciąż z takim poczuciem, że jest tam coś godnego zapamiętania, że są tam cudowne, przeżyte przeze mnie zdarzenia, że jacyś ludzie, dla których warto…
Nic nie warto. Problem w tym, że przez 30 prawie lat miałem filozofię dobrego człowieka, uczynnego, pomagającego innym powstać. I – co śmieszne - jak się sam przewróciłem, to się również sam musiałem podnosić, mimo połamanych kończyn, wstrząśniętego mózgu i zawrotów głowy. Tyle więc warte są przyjaźnie. Tyle jest warta pomoc. I tyle jest warte bycie dobrym człowiekiem. 
Niedobrze mi z powodu samego faktu, że muszę żyć tu i teraz. Wśród nie ludzi, a śmieci. Analizując, i to dogłębnie, i bardzo wstecz, nikt nigdy z tych, których znałem, nie był na tyle dobry i na tyle ludzki, by być tym człowiekiem w pełni. Przeraża mnie to. 


18:33, chlopiecwwielkimmiescie
Link Dodaj komentarz »
sobota, 07 listopada 2009

Wstałem tak późno dzisiaj, że aż mi samemu głupio. Ale być może właśnie miałem się wyspać :)

Jestem już po śniadaniu i kawie - jednej. Nie paliłem jeszcze, bo może w końcu uda się już nie palić, więc walczę sam ze sobą, na razie idzie mi dobrze. W głośnikach muzyka, i tylko ochotę mam ogromną na czekoladę, której w ogóle w domu brak, więc pewnie będę musiał wybrać się na zakupy. Nie inaczej.

I tak się czasami zastanawiam... Z kim ja żyję, jeśli chodzi o ten świat, który mnie wokoło otacza? Wczoraj dostałem maila o takiej treści i z takimi propozycjami, że... Cóż. Wstyd mi, że napisał to ktoś, kto jest - podobnie jak ja - człowiekiem. Aż to we mnie jakieś takie dreszcze obudziło. Cóż... Najwyraźniej nie każdy człowiek wie, z czym jeść należy bycie człowiekiem właśnie...

Wczorajsze wieczorne rozmowy pomogły mi bardzo bardzo mocno. Wiem, że mam rację i wiem, że mam prawo. Reszta się na razie nie liczy. Swoją drogą - ktoś wczoraj mnie chciał bardzo zranić, pewnie dlatego, że sam się czuł zraniony. Spłynęło po mnie. I nie boli. Bo nie może. Takich argumentów, jakie wczoraj usłyszałem, to nie wolno używać. Podobnie, jak nie wolno osób trzecich wplątywać w wyjaśnienia i zarzuty. Szczególnie, kiedy się zna i kontekst i plan wydarzeń. Ale najwyraźniej niektórzy mają tak, że i z Hitlera byliby w stanie zrobić ofiarę (podobnie jak i mój osobisty sprzed roku Hitler stał się wczoraj zranioną przeze mnie ofiarą, haha). Nic na to sie poradzić nie da. To znaczy, może by się dało, gdyby się chciało. Ale po czymś takim to już się nie chce, bo jeśli jakiś kwiat, nawet piękny, ukłuje nas i potem piecze, to go omijamy z daleka, bo już wiemy, że ten kwiat oszukuje i tylko czeka, żeby ukłuć ponownie.

Deszczowo za oknem, ale ciepło przynajmniej. Czyli że zarówno spacer, jak i dzisiejsze kino będą mogły zostać zrealizowane. Uciekam się więc szykować, bo prezencja to czasami najważniejsze, co nam zostaje :) I co chcemy ocalić - również.

 

dobrych dni Wam chłopiec życzy. :)

14:00, chlopiecwwielkimmiescie
Link Dodaj komentarz »
piątek, 06 listopada 2009

Chyba tak. Chyba jedynie moje życie nabiera znaczenia by night... Nic to, że potem w pracy lekko niewyspany, że oczy same się kleją, że pieką.

Nowy rozdział jakoś sam się samoistnie zaczyna. Nowa fryzura, i kolor włosów nowy, i garderoba zmieniona. Mimo wszystko więcej czasu mam na oddech, na ludzi, spaceruję, patrzę...

Zeszła niedziela z Tomciem w kinie. This is It... Nie myślałem, że to będzie tak piękne, wielkie i wzruszające. A było. Czyli, że jeszcze nie jest ze mną źle, i nie jestem - jak to twierdzą niektórzy - narzędziem do poraniania. Potrafię czuć. Jednak. Na szczęście.

No to teraz jeszcze sobota i kino, i 11 listopada kino. I po powrocie M. z Niemiec - lody w silesii. Kilka wyjazdów, raz Nieborów z Arkadią, a raz wyjazd służbowy. Ponadto moc twórcza, czyli w sumie dużo pracy i mało odpoczynku. Podłoga również czeka na ukończenie, i to chyba w tym roku to wszystko, co będę w stanie zrobić. Jeszcze tylko cegły na biało, a płyty na dach, już bez gipsowania. Jako człowiek mam swoje granice. I nie przekroczę ich przed urodzinami ani przed świętami, bo muszę być piękny i niezniszczony.

All.  Myślę, że jeszcze co nieco napiszę, co i jak ze mną obecnie. Ale to chyba po powrocie z WW. Trzeba odstresować stresy.

 

buziaki od cwwm

 

:* :* :*

20:38, chlopiecwwielkimmiescie
Link Dodaj komentarz »
środa, 16 września 2009

Niewielu jest ludzi i niewiele istot w ogóle, zdolnych mnie zrozumieć. Niewiele się uśmiecham, mimo, że pozornie są powody. Popadłem w pracoholizm, ale akurat na dzień dzisiejszy przynosi mi to więcej korzyści niż negatywów. Niewiele mówię, mimo, że bardzo dużo myślę. 

Czekam na cud, który jakoś nie chce się zdarzyć. Kolejny raz. Całe moje życie to przecież tylko i wyłącznie oczekiwanie na ten nieistniejący, niemożliwy do zrealizowania, cud... Cofam się w stare, zakurzone zakamarki pamięci, przeglądam wielkie, wewnętrzne archiwa mnie samego - jest tam strasznie wiele rzeczy, zdarzeń, osób. Są przyjaźnie, których już brak, są wrogowie, którzy dziś są jednymi z najlepszych ludzi, którzy mnie otaczają. Są pierwsze miłości i pierwsze dni porażki. Są też chwile, bardzo dawne, w których uświadamiałem sobie, powoli, kim jestem. Są pierwsze pocałunki i pierwsze dotyki. Pierwsza wielka miłość, o orzechowych oczach i delikatnym głosie. I zaraz po niej - miłość największa, apoteoza cierpienia i niespełnienia, która uświadomiła mi, że nawet jeśli cud może się ziścić, to jest to tylko i wyłącznie kłamstwem.

Jest tam również cała parada oszustów, kłamców, dręczycieli i ludzi ukierunkowanych wyłącznie na siebie. Są wariaci, z którymi (dzisiaj to wiem) nie warto było rozmawiać, bo straciłem jedynie cenny i bezpowrotny czas. Są wreszcie chwile uśmiechu, zafascynowania, są jakieś tam sukcesy, które zbudowały mnie takiego, jakim jestem. Wielki i pozornie niedostępny monument na tak bardzo kruchym fundamencie...

I między tym wszystkim - jeden jedyny człowiek, wart mnie całego. Wart każdego mojego uśmiechu i każdej łzy. Wart tego, by dalej żyć, zgodnie z tym, co było kiedyś planowane wspólnie i związane obietnicą. Dlatego jestem. I będę. Bo kiedy kocha się całym sercem, to obiecuje się naprawdę. Do śmierci. I to nie tej czyjejś, ale własnej.

Chłopiec dziś nie lubi wielkiego miasta. Jutro pewnie będzie inaczej. Dzisiaj chłopiec chciałby być daleko. Bardzo daleko. W ciszy. Sam ze sobą. I z zakurzonymi duchami przeszłości.


22:38, chlopiecwwielkimmiescie
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 17 sierpnia 2009

Przedziwnie. Ale być może tak właśnie ma być. Sam nie wiem. nie potrafię dojść do siebie tak naprawdę od dwóch już dni. I jakoś nawet nie bardzo myślę, czy uda mi się cokolwiek. Jakieś takie zawieszenie mnie ogarnęło. Prawdziwe. Nikogo nie chcę i niczego. Chcę być sam – na teraz i tu. Muszę być sam. Samotność na dzień dzisiejszy to moje jedyne lekarstwo. Wiem, bo na tyle znam siebie, by tak móc twierdzić. Sam – to znaczy nikogo nie zranić. Sam – to znaczy mieć czas na to, by odnaleźć samego siebie. Sam – to znaczy ocalić. Ocalić nie siebie, a kogoś.
Nie potrafię tylko zrozumieć, że ktoś może w taki sposób reagować. Dla mnie jest to nowością. Przy chwili zawahania, kiedy przecież tak naprawdę myśli się o tym, jakie są plusy i minusy, czy warto czy też nie, ktoś usuwa mnie ze znajomych, usuwa bloga, sprawia, że to, co przecież było i nijak tego cofnąć się nie da, przestaje istnieć. A może tak ma być? Może właśnie o to chodzi? Żeby przestać istnieć?
To nie jest łatwe. Nigdy nie było. Łatwo komuś jest wyrokować i łatwo podejmować decyzje. Ale dlaczego nikt nigdy nie pomyślał, ile mnie samego kosztują moje decyzje? Dlaczego ten ból, związany z tym, że mimowolnie rani się kogoś, kogo się zdążyło polubić, dlaczego ten ból jest tylko mój? I nikt go nie rozumie? Nie stara się nawet? A przecież tak czasami jest. I nic nie da się na to poradzić. Być w porządku wobec siebie i wobec kogoś, to właśnie sprawić, by coś, czego nie sposób czuć, nie było czymś, co jest okłamane. 
Żałuję czasu, który zdarzył się kiedyś. Nie dlatego, że ten czas dał mi złe chwile, bo tak nie jest. Żałuję, że ktoś, kto mógł z powodzeniem zostać jednym z moich najlepszych przyjaciół, jakich miałem, od teraz będzie mnie nienawidził. I nic nie mogę na to poradzić. To jest to, co mnie boli w tym wszystkim najmocniej, i czego nie będę nigdy w stanie mu wyjaśnić.



18:32, chlopiecwwielkimmiescie
Link Komentarze (2) »
sobota, 15 sierpnia 2009


Jakby na to nie spojrzeć, sporo czasu minęło. Ale to chyba czas liczony nie w dniach i miesiącach, ale w tym, co wewnątrz mnie. Niestety. Ale może jest i dobra strona tego wszystkiego.
Problem w tym, że mimo tego, że z kimś jestem, nic nie jest dobrze. Problem w tym, że po niedzielnym wypadzie nad zalew w Nakle i po tym, jak zobaczyłem prawdziwy obraz tego, z kim chciałbym być, pojawiły się problemy. Te wewnątrz mnie. 
Najpierw wysiadł z 820-ki. Po prostu od razu zwróciłem uwagę na jego nogi. Po prostu mnie pochłonęły. A kiedy spojrzałem mu w oczy, i on mi spojrzał… Trudno mi to opisać w ogóle. Potem… Cóż. Potem, to my szliśmy na kolejkę wąskotorową, i tak sobie myślałem, że szkoda, że go nigdy już nie zobaczę, a jednak… Zobaczyłem go, i to w zasadzie na schodach prowadzących do kolejki. A potem… Cóż. Potem, to przeszliśmy na sam przód składu, i - jak się okazało – on z kolegą też tam przyszli. I usiedli zupełnie nieopodal nas. 
Siwa koszulka. Białe spodenki z fantastycznym wzorem. Jasnoszare buty… Świetna fryzurka… Przepiękne oczy… I uśmiech, jakiego nigdy nie widziałem jeszcze… Naprawdę nigdy. Kurwa mać. Ja po prostu…. Sam nie wiem. Zatopiłem się. I się chyba nie odtopię. Naprawdę. Nawet zresztą nie wiem, czy chcę się odtopić. Chyba nie. Dobrze mi z taką fascynacją. I tylko źle mi, że muszę kogoś okłamywać względem tego, że jesteśmy razem. Nie chciałbym. To nie ma szans przetrwać. Nie, kiedy we mnie narodziły się takie uczucia. I nieważne, że względem kogoś, kogo pewnie nie poznam nawet nigdy. Źle mi. I mało kiedy było mi tak źle. Naprawdę. 


15:27, chlopiecwwielkimmiescie
Link Komentarze (4) »
niedziela, 10 maja 2009

Czasami nie wiem, co to znaczy być. Chociaż wydaje mi się, że wiem. Problem w tym, że myśli, marzenia i zdarzenia czasami za bardzo się krzyżują i wtedy powstaje problem.

Nie umiem nawet przestać myśleć, chociaż czasami bardzo bym chciał. Miasto jest moją miłością, a czasami za bardzo mnie osacza, i nie potrafię się nim cieszyć. Czasami mam ochotę uciec daleko. Ale innym razem jestem teraz i tu i sprawia mi to radość.

Przestałem lubić ludzi. Ale wiem, że to tylko chwilowe. Ponadto uświadomiłem sobie, że wielkie uczucia, którymi kiedyś kogoś darzyłem, wygasły. I to już dawno temu. Teraz widzę w tym kimś jedynie wyjątkowo dziwną i nienaturalną osobę. Nic na to nie poradzę, że tak jest - swoją drogą on sam do tego doprowadził. Przykro mi z tego powodu, bo skłamał. Bo okazało się, że to wcale nie tak, jak mówił i jak tłumaczył. Ale to już też nieważne. Wygasłe wulkany mają to do siebie, że takie właśnie są - wygasłe. Nieczynne.

Przepracowałem się i z wytęsknieniem czekam na urlop. Nie jakiś długi weekend, ale urlop właśnie.

Dobrych dni. Chłopiec. 

21:34, chlopiecwwielkimmiescie
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2